zaczęło się niepozornie. telewizja – program o sprzątaniu.
północna Anglia. środek zimy. śnieg i błoto w stosunku jak jeden do dziesięciu. konie w tym błocie, stajnia i dom.
koniarze – taki typ. ludzie bardzo wrażliwi, ale hardzi. nie boją się brudu, zadeptanych wykładzin i smrodu. nie skupiają się na detalach. przez ból stawów nie czują bólu głowy. mają duże serca, duże żołądki i duże zmartwienia.
cięcie.
zapewne z Londynu przyjeżdża ona. ma blond kok i walizkę, w której przewozi różowe, gumowe rękawiczki wykończone białym futrem – telewizyjny atrybut. za progiem założy je i zrobi im w życiu porządek. zrobi czystość, gościnność, i nowość. gospodyni ściąga gumiaki i bierze się do roboty.
cięcie.
chłopak szoruje dywan pod dyrekcje pani z kokiem.
- pięknie pachnie – mówi on pod nosem. na klęczkach. cały schowany w zmechacony sweter.
- wzór się ożywił – dodaje, gładząc dywan i uśmiecha się.
40 sekund konkretu – kobieta robi wykład o metodach czyszczenia wykładzin
- pracujesz przy koniach ? – pyta na koniec
chłopak kiwa teatralnie głową, cały się kołysząc.
- jak sobie dajesz radę?
- czuję ich zapach, one wiedzą, że nie widzę i są bardzo ostrożne – uśmiech.
cięcie.
ta sama para przy sosnowych drzwiach do ogrodu
- kwasek cytrynowy naprawdę potrafi działać cuda, te drzwi były czarne od brudnych paluchów, a teraz znów są jak nowe – mówi ona
on ściąga rękawicę i bada powierzchnię. przykłada do niej policzek.
- czuję słoje. są piękne.
cięcie.
sypialnia chłopca. zniknęła brudna tapeta i stosy ubrań. są za to uprane firanki, świece, świeża pościel i kwiaty. na środku łóżko z narzutą w róże. matka z rękami przy ustach stoi w drzwiach niema. obok chłopak ze spuszczoną, potarganą głową i uśmiech. pani blond triumfalnie wskazuje na łoże.
- Ian postanowił zamienić się z tobą na sypialnie. pomyślał, że przyda ci się więcej przestrzeni.
cięcie.
sypialnia mamy. zniknęły papiery na biurku. są za to uprane firanki, świeża pościel i kwiaty. skromne łóżko i skrzynia.
- Ian, jesteś zadowolony? będziesz tu utrzymywał porządek?
- tak. rano szybciej znajdę ubranie i wcześniej będę mógł wyjść do koni.
cięcie.
salon. zniknął stojak na pranie i pudła. za to na kominku pali się świeca. nakryto do stołu. mama ze łzami w oczach, próbuje dziękować, ale każde słowo przerywa westchnienie.
Ian zapytany o zdanie, mówi spokojnie.
- cieszę się, że mamie się podoba. będę dbał o czystość i zostawiał kalosze za drzwiami.
uśmiech w sweter i hollywoodzki uśmiech prowadzącej prosto w kamerę.
cięcie.
samochód z blond kokiem odjeżdża do Londynu, a ja cofam materiał znów do Iana.
.
.
.
pierwsza, druga, trzecia scena.
jeszcze raz.
od dłuższego już czasu muszę siedzieć na podłodze przed samym ekranem, bo nogi mi ścierpły, a zupa na stole zupełnie zimna.
nie rozumiem. jak to się stało. jak on się tam zmieścił. w tym ciasny kadrze, w ciasnym programie, w ciasnych głowach gospodyń od kwasku cytrynowego wcieranego we wszystko dookoła. jak mogli puścić materiał, w którym ktoś prześwituje. w którym ktoś tak spektakularnie odsyła Cię w kosmos i robi to strasznie niechcący, nieświadomie.
ani przystojny ani brzydki. jego ślepota jest prawie niezauważalna, nie budzi litości. tylko ta opuszczona głowa i nieustanny, delikatny uśmiech, wywołuje refleksję. stwarza wrażenie, że Ian widzi…
że ogląda coś, czego Ty nie zobaczysz. i to musi być coś pięknego, bo Ian jest w tym piękny. tak piękny, że rozsadza wszystkie ramy, rujnuje cały sens programu nabijając różowe rękawiczki błotem.
pani z blond kokiem nic nie rozumie, nic nie wie. ja to wiem, ja rozumiem, że ona nic nie wie.
ale tak naprawdę nic nie rozumiem i nic nie wiem. bo to Ian wszystko wie.
on to po prostu widzi i wie.